Po "arcyciekawym" spotkaniu z Górnikiem Łęczna przyszło naszym kopaczom rywalizować w Łodzi z Łódzkim Klubem Sportowym. Na ten mecz postanowiliśmy się także wybrać ekipą w 3 osobowym składzie, czyli Sobek, Rybol no i ja :).
W podróż udaliśmy się autokarem organizowanym przez Wiarę Lecha. Z tego co pamiętam to mimo wczesnego przyjazdu do Łodzi, nasze ukochane służby mundurowe postanowiły nas jednak uraczyć przepięknymi widokami włókienniczego miasta i obwiozły nas trochę po Łodzi. Gdy dotarliśmy na miejsce, ukazał nam się kapitalny widok ultranowoczesnego "Estadio da Gruz" :). Co ciekawe stan tego obiektu nie zmienił się do dziś, ale zapewne większość kiboli jeżdżących na wyjazdy ma tego stadionu sentyment i gdzie jak gdzie, ale tam znaczenie słów "Against modern Football" ma mocne znaczenie :). Co ciekawe jeszcze przed wejściem na stadion nie mieliśmy w rękach biletów, gdyż ŁKS nie wiadomo czemu nam ich nie wysłał. Jakież było nasze zdziwienie, gdy do busa przyniesiono nam wejściówki na mecz ŁKS-Legia, który odbył się ponad miesiąc temu ;), okazało się, że tylko takie są i na podstawie tego będziemy wchodzić na trybuny. Wejście na obiekt odbyło się szybko, i spokojnie na godzinę przed meczem wszyscy byliśmy już na sektorze w sile 1000 osób i wystarczyło jak się wydawało w spokoju w słoneczku czekać na rozpoczęcie meczu.
Spokój jednak zakłócili nam fani ŁKS-u, którzy nagle zaczęli przeskakiwać płot. Gdy już wydawało się, że może być gorąco, i również nasza ekipa sportowa stanie po drugiej stronie muru, we wszystko wmieszały się wiadome służby i tyle by było z atrakcji przedmeczowych. Oczywiście już do końca meczu przed naszym płotem stała silna grupa panów z kaskami, czekających na kolejne akcje. Co ciekawe już w domu po kilku dniach okazało się, że jedną z osób która ruszała w naszą stronę był były piłkarz tego klubu Igor Sypniewski. Wszystko wyszło dlatego, że po meczu nasze ukochane służby postanowiły go zatrzymać. Człowiek ten nie radził sobie jak widać ze zmarnowaną karierą i postanowił wyładować się na nas, także niejednokrotnie nas lżąc przed meczem ze swojego sektora. Gdybyśmy tylko na miejscu wiedzieli z kim mamy do czynienia mogło być jeszcze bardziej śmiesznie ;)
Gdy więc ustały atrakcje przedmeczowe, na płocie wylądowały flagi, które jednak były inne niż zawsze. Wszystkie zrobione były w ten sam sposób, o tym samym rozmiarze i w formie tzw. brytyjki. Na flagach widniały wszystkie miasta, które posiadają oficjalny FC. Nie da się ukryć, że nawet jeszcze bez oprawy wyglądało to bardzo estetycznie!
Z racji tego, że cały czas bardzo mocno waliło w nas słońce, doping tego dnia nie był powalający. Ożywiliśmy się dośc mocno pod koniec pierwszej połowy, a to dlatego, że w 43 minucie gola zdobył dla nas Rafał Murawski. Zanim skończyliśmy celebrować ta bramkę, padła kolejna, a mianowicie zdobył ją Piotr Reiss, co było dla niego 99 golem w ekstraklasie i pojawiła się możliwość, że jeszcze w tym meczu nasz kapitan może świętować jubileusz setnego gola. Połowa zakończyła się więc wynikiem 2-0 i można było mieć dość mocną pewność, że ten mecz skończy się dla nas sukcesem.
Drugą połowę rozpoczęliśmy kolejną oprawą, czyli na sektor trafiły takie same flagi jak na płot, z tym że na drzewcach i bez wypisanych miast. Wszystko to utworzyło bardzo przyjemny dla oka chaos z flag. A tuż przed chaosem zaprezentowana została także oprawa z hasłem "Oto właśnie jest nasz słynny KKS!"
W dalszej części drugiej połowy, nasz doping dość mocno skupił się na wymianie poglądów z gospodarzami ;), pozdrowienia były naprawdę różne. Kilka razy odkręcony został m.in. "kurek z gazem", co może nie jest pozdrowieniem najwyższych lotów, ale taka specyfika meczu właśnie z takim rywalem i niewątpliwie przepraszać za to nikt nie zamierzał ;). Dostało sie także co jasne, "gwieździe" ŁKS-u latającej na skrzydle, czyli Judaszowi Madejowi, którego kilka razy spytaliśmy o to, "gdzie ma swój medal?". Na boisku troche nerwowo zrobiło się kwadrans przed końcem, gdy gospodarze trafili na 1-2. Do końca meczu nasi obrońcy jednak nie popełnili już żadnego błędu i mecz zakończył się naszą wygraną co po meczu świętowaliśmy razem z grajkami.
Normą jest, że jeszcze po zakończonym meczu, kibiców gości trzyma się trochę na sektorze, aby lokalsi mogli się rozejść w spokoju. Nie wiem, czy szło im to tak opornie, czy postanowiono nam zapewnić widok zachodzącego słońca za stadion, ale trzymano nas tam dobre 1,5 godziny, o czym świadczy to, że obejrzeliśmy jeszcze całe rozbieganie naszego zespołu po meczu. Brawa i okrzyki "jeszcze jeden" dostał oczywiście nasz kapitan, któremu już własnie tylko jedna bramka brakowała do upragnionej 100. Jako, że czas się dość mocno dłużył, postanowiono się trochę rozerwać i na odpowiednią komendę została przeprowadzona mała prowokacja ;) i kilkadziesiąt osób wylądowało na płocie imitując atak na policję. Oczywiście nie znające na dowcipach służby wzieły to na poważnie, i potraktowano nasz sektor z armatki wodnej, ale jako że dzień ten należał do gorących mało kto się obraził na ten darmowy chłodzący prysznic :). Po chwili postanowiono jednak, że może juz jednak lepiej, jak sobie pojedziemy do domu i zaczęto nas wypuszczać do naszych środków transportu. Podróż powrotna mineła szybko i po jakiś niecałych 3 godzinach byliśmy już pod stadionem na ul. Bułgarskiej. Pozostało nam zbierać siły, gdyż za 4 dni znowu mieliśmy się spotkać z ekipą z Łodzi, tym razem jednak z Widzewem i to na naszym stadionie.
skan pamiętnego biletu :) -








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz