Trzy dni po porażce w fatalnym stylu z Zagłębiem Lubin, Kolejorz pojechał na mecz 1/4 finału PP do Kielc. Trener Smuda poddany został mocnej krytyce i zdecydował się w pierwszej 11-stce wprowadzić kilka zmian. Do składu załapali się m.in. Kucharski, Injac i Dobrew.
W drogę za Lechem tego dość mroźnego dnia, ruszyło także prawie 700 kiboli z Poznania w konwoju autokarowym, w tym ja do spółki z Kevinem. Jako, że mecz odbywał się we wtorek o dość późnej porze, a droga do Kielc długa, trzeba było zaplanować urlop od pracy zarówno na wtorek jak i środę. Podróż rozpoczęliśmy z tego co pamiętam ok 11 rano i po z grubsza 7 godzinach z kilkoma przystankami dobiliśmy autokarem praktycznie pod same kołowrotki stadionu w Kielcach. Mimo tego, że czasu mieliśmy dobre 2 godziny, to ostatnie osoby wchodziły na stadion już po pierwszym gwizdku. Stadion jak na ówczesne czasy, był jednym z nowocześniejszych, jednak nijak miało sie to do traktowania w nowoczesny sposób kibiców gości, którym udostępniono aż 2 kołowrotki, a że kontrola była iście szczegółowa, łącznie z konfiskatą pasków do spodni, to musiało to tyle potrwać.
Doping na dobre ruszył więc kilka minut po rozpoczęciu meczu, gdy już wszyscy byliśmy na sektorze. Oczywiście tego dnia mogliśmy także liczyć na pomoc zaprzyjaźnionych kiboli z Ostrowca Świętokrzyskiego, wielokrotnie ich pozdrawiając, a szczególną pianę na ustach wywoływało u Kielczan skandowanie "Ostrowieckie, nie Kieleckie"! :) Sam doping tego dnia wychodził bardzo przyzwoicie, szczególnie w 2 połowie, gdzie najpierw została zaprezentowana mała oprawa z użyciem sreberek, a potem korbę nakręcało "Za Lechem przemierzamy cały świat", które po debiucie w Wodzisławiu Śląskim, tym razem na porządnym sektorze pod dachem brzmiało chyba jeszcze lepiej.
Piłkarze niestety tego dnia, kolejny raz się nie popisali...grali po prostu tragicznie, bez ładu i skladu...W 49 minucie bramkę dla Korony strzelił głową Kowalczyk, i nasi kopacze w żaden sposób nie byli w stanie odpowiedzieć. Korona była zespołem znacznie lepszym tego dnia i to, że skończyło się tylko jednobramkową porażką w perspektywie rewanżu na własnym stadionie nie było najgorszym wynikiem. Gorzej wyglądało to, że w fatalnej formie byli Reiss i Murawski, mieliśmy kilka kontuzji: Wojtkowiak, Zaki, Quinteros, i perspektywy na przyszłość nie były zbyt wesołe. Po meczu piłkarze pod sektorem, usłyszeli że "Lech to my, a nie wy". Podróż powrotna przebiegła w spokojnej, sennej atmosferze i w miarę szybko bo jakoś przed 5 nad ranem można było szukać miejskiego transportu z spod stadionu do domu i tam odespać resztę w wygodnym łóżku. Nie pierwszy, nie ostatni raz, sam mecz był najsłabszym elementem wyjazdu, ale wiadomo, że jeździmy tam dla siebie a nie dla piłkarzy, którzy raz są tu, a za chwilę gdzie indziej, a my pozostaniemy na zawsze!
skan biletu-


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz