wtorek, 26 czerwca 2012

24 września 2006 godz 16:00 Lech Poznań - GKS Bełchatów 1-1

Po ligowej porażce w Grodzisku, przyszły dwie wyjazdowe wygrane, w lidze z Pogonią i w PP z Podbeskidziem. Kolejnym meczem miał być mecz u siebie z GKS-em Bełchatów. 

Przed meczem koszulkę z numerem 101 otrzymał pan Jan Janikowski, najstarszy żyjący wówczas kibic Lecha. O oprawę meczu postarali się nasi ultrasi prezentując niebiesko-białe flagi na środku trybuny, a po bokach rozciągnięte zostały dwie koszulki - sektorówki. Na meczu stawił sie prawie komplet widzów, przyjechało także 58 kibiców z Bełchatowa. 

Ja na ten mecz pamiętam dojechałem lekko spóźniony, gdyż pisałem ostatnią możliwą poprawkę z matmy na studiach, która była o 15:30, ale jakoś udało się ogarnąć temat w 20-25 minut (dzięki Rybol :D ), praca szybko została oceniona na mocną trójkę :p i można było ruszyć tramwajem na stadion. Udało sie dotrzeć ok. 20 minuty, miejsca w sektorze 1, który nadal pełnił dla nas funkcję kotła były jakimś cudem jeszcze dla naszej dwójki zajęte i mogliśmy już tylko skupić sie na dopingu. 

Od początku meczu GKS stawiał mocne warunki, co jednak nie było dziwne, gdyż przyjechali do nas w glorii lidera naszej kopanej ligi. Lech przetrwał kilka ataków gości i najpierw po pół godzinie mocnym strzałem bramkarza o mało co nie zaskoczył Kikut, a kilka minut później po podaniu także Kikuta, na pozycji sam na sam znalazł się Piotrek Reiss i po dobitce własnego strzału zrobiło się 1-0 dla Lecha. Niestety minęły raptem 3 minuty, goście wykonywali rzut rożny i nie pilnowany w polu karnym Pietrasiak, mocnym strzałem głową pokonał Kotora i zrobiło się 1-1.

Po przerwie to jednak Lech zdecydowanie przeważał. Swoje sytuacje mieli zarówno Reiss, jak i Murawski oraz Kikut. Świetną partię rozgrywał w tej części gry Henry Quinteros. Jednak żadna z tych akcji nie przyniosła bramki dającej nam wygraną. Kilka razy przedarli się tez goście, ale dobrze grający tego dnia Bosy nie dał pohulać Matusiakowi i mecz zakończył się podziałem punktów. Nie udało się więc doskoczyć do czołówki i trzeba było szukać szczęścia w kolejnych meczach. 











piątek, 15 czerwca 2012

9 września 2006 godz 18:00 Dyskobolia Grodzisk Wlkp. - Lech Poznań 1-0

Po słabszym występie z Wisłą, zarząd zdecydował sie w ostatniej chwili na dwa transfery, do środka pola kupiony został Perwuwiańczyk Henry Quinteros, a na środek obrony Marcin Drzymont. Dodatkowo trener Smuda postawił sprawę jasno, że do końca rundy na pewno pierwszym bramkarzem będzie Kotorowski. 

Jak to zawsze przy okazji meczów w Grodzisku, biletów dla kiboli Lecha było za mało, i przekazana pula bodajże 2000 sztuk rozeszła się błyskawicznie i część kolejki z pod Tifo odeszła z niczym. Biletów nie udało sie zdobyć także mojej ekipie. Jednak dla chcącego nic trudnego, i pomocna okazała się moja praca w drukarni, perforówka i hologramy z poprzednich biletów z wyjazdu do Grodziska od znajomych ;). Tym oto sposobem udało się zmontować 3 bilety, które wyglądały zupełnie jak oryginalne. Przed wyjazdem okazało sie jeszcze, że potrzebny będzie jeszcze jeden bilet, gdyż objawił nam się nowy wyjazdowicz (który okazał się dla niego pierwszym i ostatnim, ale to detal :p), problem był tylko taki, że nie było już hologramów, ale świeżak zdecydował się jechać na hologramie drukowanym, który ze świeceniem miał mało wspólnego, ale liczyliśmy tu na "dziadowską" ochronę stadionu :). 

Nadszedł dzień meczu, piękna i upalna sobota i o godzinie 16 zebraliśmy się w umówionym miejscu w składzie iście ekskluzywnym: Dudu, Rybol, Kevin, Kuna, i zapakowaliśmy się białą limuzynę marki Fiat 126p :). Całe szczęście przypadło mi miejsce z przodu, bo siedzenie choćby w dwójkę z tyłu malucha to już całkiem spora przygoda. Humory całą drogę były wyśmienite (sorry chłopaki ale za cholerę nie mogę znaleźć naszych zdjęć robionych w aucie :/), co prawda z tego co pamiętam gdzieś koło Stęszewa wybraliśmy zły zjazd z ronda, ale bardzo szybko ogarnęliśmy się, że to chyba nie w tą stronę. Załoga wesołego malucha wjechała do Grodziska jakoś chwile po 17, pierwsze co rzuciło się w oczy to wszechobecne pola i uprawy buraków, przez co do dzisiaj Grodzisk kojarzę z burakami :). Niedaleko pojawił sie jednak stadion i tam też oczywiście sie udaliśmy. Pozostało tylko wbić się na stadion na nasze "w pełni legalne" bilety, i jak się okazało nie stanowiło to żadnego problemu, nawet Kuna z biletem bez hologramu lekko, łatwo i przyjemnie wszedł na stadion :). Łącznie tego dnia naszą liczbę szacuje się na 3500 głów, co stanowiło ponad 50 % trybun, które w całości zapełniały się właśnie tylko na mecze z nami, gdzie ich dobrodziej Zbychu Drzymała fundował zawodnikom specjalne premie za wygranie meczu z Lechem. Z relacji, znajomego który jakiś czas pracował w firmie Inter-Groclin, wiem że takie praktyki nie bardzo podobały się pracownikom, no ale cóż, jaki Pan, taki kram :).

O 18 w pełnym słońcu zaczął się mecz, u nas w składzie debiutowali Quinteros i Drzymont, a w ataku buraczanego zespołu wyszedł nasz ulubieniec Piotr Rocki , który został oczywiście bardzo ciepło przez nas przywitany ;). Nie wiem, czy celowo czy nie, ale jego facjata witała nas także na bilecie i programie meczowym. Pierwsza połowa była bardzo słabym widowiskiem, obie drużyny nie specjalnie atakowały, na co chyba wpływ miały warunki panujące dnia. Na początku drugiej połowy, łysy chuj :) został zamieniony na Sikorę, i niestety ta zmiana bardzo szybko dała nam się we znaki, bo już kilka minut później to właśnie ten mały i zwinny typek posłał piłkę do bramki Kotora. Wydawało się, że Lech tak jak w poprzednich meczach (nie licząc meczu z milicjantami) rzuci się do odrabiana strat. Jednak nie tego dnia, Kolejorz był kompletnie zagubiony, sytuację próbował ratować trener Smuda, wprowadzając m.in Wacha i Pitrego, ale praktycznie tego dnia nie udało nam sie zagrozić bramce Grodziszczan. Co po chwila groźne strzały oddawał Sikora, ale nic więcej nie wpadło już jednak do naszej bramki, co było zasługą świetnego tego dnia Kotorowskiego. Mecz zakończył się więc naszą porażką, która nie nastrajała optymistycznie na dalsze mecze sezonu. Po meczu oczywiście podziękowaliśmy piłkarzom

Nasza załoga, spokojnie i bezpiecznie wróciła do Poznania i czekaliśmy na kolejne mecze rozgrywane na Bułgarskiej.












wtorek, 12 czerwca 2012

27 sierpnia 2006 godz 19:15 Lech Poznań - Wisła Kraków 3-3

Horrory jakie fundował w tym sezonie Kolejorz spowodowały, że ludzie chcieli ten zespół oglądać i na mecz z Wisłą Kraków na stadionie pojawił się komplet 14 500 kibiców. Pojawiła się także 260 osobowa grupa kibiców z Krakowa. Humorystycznym akcentem było ustawienie przed meczem tablicy wyników na wynik 0-3, żeby piłkarze zaczęli grać na całego od początku meczu, a nie od 75 minuty jak to bywało do tej pory. Przed meczem, sponsor Warka w podzięce za świetny doping postanowił zafundować nam bęben, co było bardzo fajnym i sympatycznym gestem. Dużo ludzi, mając ciągle w pamięci bojkot produktów KP, jeszcze mocniej zaczęła ich dobijać, wybierając w tych czasach głównie Warkę jako główne i najczęściej kupowane piwo.

Mecz zaczął się od oprawy na 4 trybunie "Czy triumfy, czy przegrane, Ja na zawsze w tym zostane" dookoła flagowisko w niebiesko-białych barwach, a na górze mała sektorówka z postacią kibola, a w tle herb naszego klubu. Nie wiadomo czy piłkarzom mobilizacji dodał żart z tablicą, czy ostre słowa trenera Smudy, ale tym razem od początku ruszyli do ataku. Efekt przyniosło to już w 6 minucie, gdy do piłki na 16 metrze dopadł Wasyl i mocnym strzałem wpakował ją do wiślackiej bramki. Minęło 20 minut i kapitalne dośrodkowanie Bosego, piękną główką wykończył Zaki i wydawało się, że Kolejorz rozniesie w tym dniu milicjantów z Krakowa. Po tej bramce Lechici trochę się cofnęli, ale Wisła tak naprawdę nie zagroziła poważniej bramce Kotora. Druga połowa zaczęła się od ataków milicjantów, i niestety bardzo szybko, bo w 53 minucie po rzucie rożnym główką piłkę do bramki skierował Głowacki, co zostało skwitowane gromkim "wypierdalaj", wiadomo z jakich powodów. Trzy minuty później jednak, kapitalna kontra i skrzydłem pociągnął Zając, mimo naporu świetnie dośrodkował, a kapitalnym szczupakiem popisał się Reissik i ponownie wyszliśmy na dwubramkowe prowadzenie. Po tej bramce jednak na boisku istniała już tylko Wisła, bez problemu dochodzili do sytuacji bramkowych, Kolejorz nie był w stanie nic zrobić w ofensywie. Niestety w 82 minucie w końcu Wiślacy przedarli sie skrzydłem, niefortunnie zainterweniował Bosacki i piłka wpadła do brami, zrobiło się tylko 2-3. Akcja ta była pochodną problemów Wasyla, które  do dzisiaj są kultowe:  

Kiedy wydawało się, że mimo bardzo słabej 2 połowy uda się dowieźć wygraną do końcowego gwizdka, już w doliczonym czasie gry po wrzutce Głowackiego, piłkę do bramki skierował jeden z mutantów o nazwisku Brożek i mecz skończył się remisem 3-3. Piłkarze zafundowali nam więc kolejny horror, tym razem z innym scenariuszem niż ostatnio, ale niestety drugi raz z rzędu bez happy-endu. Jednak tym razem pretensje mogli mieć tylko do siebie...








Program meczowy -