Tydzień po meczu z Wisłą Płock przyszło nam zagrać z Zagłębiem w Lubinie. Jeszcze chyba przed meczem z Wisłą na naszym forum zaczęło sie wzajemne nakręcanie, a wyjazd na Zagłębie zyskał tytuł "Inwazji". Dla mnie stało sie jasne, że to wreszcie chyba idealny moment, aby w końcu pojechać na jakiś wyjazd i poczuć coś innego niż tylko emocje na Bułgarskiej. Na mecz pojechałem autobusem organizowanym przez Wiarę Lecha razem z Kevinem (w sumie do dziś nie wiem, czemu reszta ekipy nie była ze mną na tym meczu!).
Jeśli dobrze pamiętam zbiórka została zarządzona o 14, nie na Bułgarskiej pod stadionem, która była wtedy chyba rozkopana, a obok na Grunwaldzkiej pod budynkiem IOR. Pewien rodzaj podniecenia i ciekawości doskwierał mi od rana. Jakoś udało się znaleźć miejsca w autobusie, pamiętam, że jechaliśmy na samym przodzie (jako debiutanci na wyjeździe nie pchaliśmy się na tyły autobusu, gdzie przeważnie dzieje się najwięcej :) ). Podróż minęła spokojnie i w dobrych nastrojach dobiliśmy na parking pod stadionem. Już na trasie widać było, że tego dnia w Lubinie stawi się duża rzesza kiboli odzianych na niebiesko-biało. Wejście na stadion przebiegło spokojnie, pamiętam że dość sporo z nas w łatwy sposób obeszło kontrolę biletową, przez co część biletów mogła trafić do ponownego obiegu :). Stadion sprawiał wrażenie iście dożynkowe, każdy sektor innej wysokości...nasz stadion przy tym molochu wyglądał jak ultra nowoczesne estadio. Niestety pogoda tego dnia nie dopisała i przed meczem dość solidnie sie rozpadało i mogło się wydawać, że doping mimo naszej dużej liczby nie będzie porywający.
Po rozpoczęciu meczu kiedy już praktycznie wszyscy rozlokowali się na miejscach (ostatecznie zjawiło się nas ok 1700!!), moje obawy co do dopingu uciekły daleko, mocna petarda na wejście i od początku nasze śpiewy dobrze było słychać zapewne na całym stadionie. Kilka minut po rozpoczęciu spotkania, części z nas zaczął przeszkadzać wielki balon, który bardzo inteligentnie został ustawiony pod naszymi sektorami, i w związku z tym pewnie z kilkaset osób miało bardzo utrudniony przekaz z tego co dzieje się na boisku. Zaczęły się skandowania "weźcie ten balon!", jednak minuty mijały i nikt się tym nie interesował. W związku z tym, nasi kibole sami się tym zainteresowali ;), przeskoczyli płot i zaczeło się przesuwanie balona. Ochrona postanowiła jednak o dziwo wtedy pomóc, balon został przestawiony na drugą (pustą) połowę stadionu, nasi kibole spokojnie wrócili na trybuny i dalej kontynuowaliśmy głośny doping.
W przerwie postanowiono wprowadzić w nasz repertuar nową przyśpiewkę "chorwackie", która zdecydowanie szybko się przyjęła, ze względu na skoczność i mało skomplikowany tekst :). W drugiej połowie zdecydowanie królowała na naszych sektorach, pojawiły się także flagi, race, a ostatnie 20 minut to już zupełnie pełen amok i "chorwackie" ciągnięte było bez przerwy. Mecz się skończył (z kronikarskiego obowiązku należy zaznaczyć, że zakończył się bezbramkowym remisem), a my nadal robiliśmy swoje. Kilka minut po meczu pod sektor podeszli piłkarze i na czele z Piotrkiem Reissem podłączyli się pod naszą zabawę. Dla piłkarzy, którzy jeszcze kilka miesięcy temu grali dla mniejszej publiki na własnym stadionie we Wronkach zapewne było to mocne przeżycie, że własnie znaleźli się w klubie z tak wielkim potencjałem kibicowskim, i że na każdym meczu mogą spodziewać się takiego dopingu, a może i lepszego! Pomimo remisu wszyscy rozjechaliśmy się w świetnych nastrojach. W domu wylądowałem w środku nocy po gonitwie za nocnym autobusem na Grunwaldzkiej, i zdecydowanie byłem pewien, że przy następnej możliwej okazji muszę jechać na wyjazd! :)
P.S. Rybol, jeszcze raz dzięki za użyczenie koszulki :), nie wiem czemu ale do tego momentu nie miałem jeszcze żadnej niebieskiej ani białej koszulki Lecha w swoim asortymencie.
Fotki z trybun -
skan biletu -

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz