Pierwszy mecz ligowy nowego sezonu wypadł nam na własnym stadionie z Wisłą Płock. Leśni działacze z Wronek dobrze nakręcili na nowo modę na Lecha i na stadionie zjawiło się 14 000 ludzi co patrząc na nasze ostatnie frekwencje było wynikiem rewelacyjnym. Ciągle aż do meczu pojawiały się spekulacje, jak to z tym Lechem będzie, czy najwierniejsi fani zaakceptują to, że tak naprawdę zostaliśmy Lechem trochę przemalowanym z Amici Wronki. Wszelkie wątpliwości zostały jednak rozwiane podczas oprawy zaprezentowanej przed rozpoczęciem spotkania z bardzo wymownym hasłem "Lech jest tam, gdzie jego Wiara"!! Teraz zostało już tylko głośnym dopingiem wspierać naszą niebiesko-białą drużynę. Kocioł po kolejnych zmianach został zlokalizowany na sektorach 1 i 2. Ja sam po raz pierwszy zdecydowałem się w końcu zakupić karnet na całą rundę, gdyż po poprzedniej rundzie stało sie jasne, że tylko jakieś wypadki losowe mogą powodować to, że brakować mnie będzie na stadionie.
Nie da się ukryć, wszyscy liczyli na mocne otwarcie i pokonanie płocczan, trener Smuda nastawił zespół ofensywnie i od początku Lechici przebywali większość czasu na połowie gości. Tymczasem w 17 minucie wypad Wisły zakończył się pięknym wolejem Sobczaka, i stadion na chwilę zamarł po stracie gola. Tak do końca połowy już nic się nie zmieniło. Druga połowa zaczęła się od rzutu karnego dla Kolejorza, jednak fatalnie strzelił Dembiński i wynik nadal brzmiał 0-1. Chwile potem, Wisła miała rzut wolny, piłkę przed pole karne wypiąstkował Kotor, a tam stał Żarko Belada, który technicznym lobem wyprowadził gości na dwubramkowe prowadzenie. Następnie w miejsce Zakiego i Wacha na boisko weszli Wilk i Zając, my w kotle nadal głośno dopingowaliśmy, gdyż widać było, że Lech stara się i walczy i trzeba było piłkarzom pomóc w strzelaniu bramek. W końcu kwadrans przed końcem spotkania, po akcji lewą stroną Wilka, piłkę w rogu pola karnego przejął Wasyl i zdobył bramkę kontaktową. Wtedy dopiero na stadionie rozkręciła się korba, wszyscy zwietrzyli, że jeszcze chociaż remis w tym meczu można ugrać. 2 minuty przed końcem regulaminowego czasu gry, po główce Wasyla, do piłki na 3-4 metrze dopadł Reiss i doprowadził do remisu. Stadion wybuchł w radości, i wszyscy nabrali apetytu na jeszcze jedną bramkę...i stało się. Praktycznie w ostatniej akcji meczu, ponownie świetnie lewym skrzydłem pociągnął Wilk, błąd obrońcy wykorzystał Marcin Zając, strzelił na 3-2 i na stadionie wybuchła euforia jakbyśmy prawie mistrza Polski zdobyli.!!
Tym świetnym meczem, zupełnie nowy zespół zdobył wielkie zaufanie wśród kiboli, piłkarze pokazali charakter, wolę walki do końca co w połączeniu z fanatycznym dopingiem przełożyło się szczęśliwy happy end pierwszego spotkania w nowym sezonie. Wszystkim bardzo rozbudziły się apetyty na to, że w tym sezonie naprawdę możemy powalczyć o coś więcej niż standardowy dla nas środek tabeli.
Bramki -
Fotki -
Skan karnetu i programu -









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz